Spokojnie jabłka nie gryzą

Nasza Wiedza | Spokojnie jabłka nie gryzą

W tym miejscu miał być ładny wstęp, z paroma ciekawymi porównaniami i mądrą puentą, ale niestety, stało się. Podobnie jak w jednej z wyjątkowo ambitnych reklam Anię dopadła grypa i wstępu nie będzie. Przejdźmy natomiast do rzeczy i zadajmy sobie pytanie,  czy nasz jabłkowy komputer jest w stanie nas ugryźć, czy nie.

Rozdział pierwszy – gadanina o nawykach platformowych i różnych temu podobnych sprawach.

Osoby, które całe swoje komputerowe życie spędziły przed monitorem, na którym mryga maciupki napisik “Start” mogą mieć na początku problemy z przestawieniem się na system z jabłkiem w lewym górnym rogu pulpitu. Tak ogólnie, to oba systemy są do siebie podobne, jednak róźni je masa szczególików, które nas albo denerwują, albo cieszą, to już zależy od nas samych.

Przykładowo trzy kuleczki, do zamykania, maksymilizowania bądź chowania okienka aplikacji. W Windowsie, znajdują się po prawej stronie, iksik zamyka aplikację, kwadracik rozciąga okno na cały ekran, albo “kurczy” je do wcześniej ustalonych rozmiarów i kreseczki, która wciska okienko do paska menu. U maćka w gruncie rzeczy jest podobnie, tyle, że owe trzy przyciski znajdują się po przeciwnej stronie belki, a czerwona kuleczka wcale nie zamyka programu, tylko jego okno. Służy to temu, żeby można było w łatwy sposób posprzątać biurko z nadmiaru okien jednocześnie nie zawalając sobie doka, ani nie zamykając aplikacji (od tego mamy osobny skrót – jabłko+Q). Na początku może męczyć, ale tak w gruncie rzeczy to fajna sprawa. Kontynuując temat kuleczek, zostaje jeszcze sprawa rozciągniętych okienek. Użykownicy systemu Windows rozciągają okienka na cały ekran, bez względu na jego wielkość, czy rozdzielczość, w Mac’u możliwość maksymilizowania okien (przez zielone kółeczko, rozciągnąć zawsze można) mają jedynie wybrane aplikacje, ale większość po naciśnięciu owego kółka zmienia swój rozmiar do minimalnych wymaganych rozmiarów. Przykładowo, Safari. Zamiast wyświetlać hektarów pustego pola, po naciśnięciu odpowiedniego przycisku kurczy się do optymalnych rozmiarów. Chodzi tu głównie o to, żeby łatwiej przeskakiwać między oknami aplikacji, oraz żeby ułatwić zarządzanie plikami.

 

Zacząłem mówić o sposobie zarządzania danymi, zacznijmy od tego, że dawno, dawno temu, kiedy przemysł komputerów osobistych jeszcze raczkował powstały dwie koncepcje na temat myszki komputerowej, mianowicie projekty jedno i dwu-przyciskowych gryzoniów. W związku z różnicami w budowie manipulatorów trzeba było przystosowywać systemy do nich,  w Mac OS więcej przeciągamy myszką (tzw. metoda drag and drop, o wiele bardziej rozbudowana w porównaniu z Windowsem), a w tym drugim częściej używamy poleceń z menu kontekstowego, ukrytego pod prawym klawiszem myszy. Oczywiście w nowszych makintoszach, zaopatrzonych systemy zaczynające się od liczby dziesięć na początku, czyli jeśli się nie myle, wszystkie komputery, które mają na swoich karkach (płytach głównych?) mniej, niż dziesięć lat jest taka możliwość, możemy je wywołać albo przez kliknięcie jednoprzyciskową myszką z wduszonym kontrolem (chociaż o ile dobrze pamiętam to było również możliwe na starszych systemach, nawet na siódemce) albo przez podpięcie dowolnej myszy posiadającej na końcy swojego kabelka (ogona?) złączke USB. Pojawi się w zakładce “klawiatury i szczury” w preferencjach systemowych, gdzie możemy swobodnie ustalić za co każdy przycisk będzie odpowiadał. Dodam jeszcze, że od jakiś dwóch lat do każdego Mac’a dodawany jest pełnowartościowy gryzoń posiadający normalną ilość klawiszy, plus dwa dla Expose. Zostawiając sprawę myszek zajmijmy się jeszcze na chwilę różnicami w systemowych eksploatorach. W Windowsie, jak wiadomo przeglądamy zawartość naszych dysków za pomocą Internet Explorera. Wszystkie nasze pliki spoczywają w gąszczu systemowych folderów, czasami musimy się nieźle napocić, żeby coś znaleźć. W MacOS eksplorator plików wygląda następująco. Mamy okno, po lewej stronie znajdują się wszystkie dyski i podpięte urządzenia, oraz troszkę niżej foldery, domyślnie to dom, aplikacje,  muzyka, zdjęcia, filmy czy dokumenty, ale możemy tam wrzucić dowolną przez nas utworzoną teczkę, albo inteligentną teczkę, po prawej mamy widok na pliki i foldery znajdujące się na komputerze.  Jest to o tyle wygodne, że mamy wszystkie rzeczy posortowane tematycznie, nie musimy przewalać stu folderów, żeby coś znaleźć coś co nas interesuje, wystarczy, że klikniemy w ikonkę folderu w którym są typy plików jakie szukamy. Dodatkowym ułatwieniem wyszukiwania plików są inteligentne teczki. Tak w zasadzie to po prostu zapisane szukania ze Spotlight’a, ale system wyświetla je jako teczki. Obsluga ich polega na ustaleniu kryteriów wyszukiwania, przykładowo chcemy znaleźć wszystkie zdjęcia o rozmiarze nie przekraczającym megabajta. Wklepujemy odpowiednie szukane, i klikamy Zapisz, wychodzi nam coś takiego. Jeszcze jest sprawa górnej belki. W Windowsie każde okno ma swoją belkę z poleceniami (plik, edycja i inne), w Mac’u belka jest na samej górze, wygląda identycznie dla każdego programu (oczywiście to jest jeszcze zależne od opcji programu, ale są pozycje, które się cały czas powrarzają i są niezmienne, na przyklad menu kryjące się pod nazwą programu, file, edit, window czy help) Wygodne, bo nie musimy szukać różnych funkcji, wiemy gdzie wszystko się znajduje ale nie wszystkim pasuje. To chyba byłoby na tyle jeśli chodzi o obsługę, mógłbym się jeszcze skupiać na szczególikach, ale chyba sobie daruje, bo to wykład nie dla przyszłego makjuzera, a raczej początkującego, chociaż i tego nie byłbym pewien, bo raczej każdy taki początkujący jabłkogłowy by sobie z tym poradził. No dobra, skoro omówiliśmy tzw. ABC obsługi, przejdźmy do dostępności programów. 

Rozdział drugi, programy codziennego użytku.

Podstawowym programem dla niemalże każdego komputerowego użyszkodnika jest gadu-gadu – najpopularniejszy w polsce komunikator internetowy. Są oczywiście inne, lepsze systemy, ale co zrobić, kiedy każden jeden z naszych znajomych wybrał właśnie tego, a nie innego klienta komunikatorowego? Jedyną opcją jest pobranie pomarańczowej bestii na nasz komputer. Szybko się jednak okazuje, że wydawca tej aplikacji nie pomyślał o użytkownikach innych systemów, więc nie zobaczymy na naszym nowym maczku stada soczyście pomarańczowych okienek wypchanych po brzegi reklamami. Co nam pozostaje, albo zmienić komunikator, albo znajomych. Załadając, że opcja druga na samym początku odpada, pozostaje nam poszukać czegoś, co obsłuży protokuł gadu-gadu. Najpopularniejszymi makowymi zamiennikami gadu gadu są Adium i Kadu. Kadu, można powiedzieć to klon gadu gadu. Lista kontaktów jest identyczna jak w wersji na pieca, okna kontaktów otwierają się osobno dla każdego rozmówcy, zupełnie jak na PC więc rozmawiając z kilkoma osobami na raz jesteśmy zmuszeni do tolerowania wszechobecnego okienkowego syfu. Adium natomiast, to nieco bardziej cywilizowana wersja tego programu, możemy zmieniać skórki, ustalać ich przeźroczystość okienka, wyświetlane ikonki (można nawet dograć buźki z gadu gadu, żeby być bardziej kompatybilnym z resztą świata) oraz takie banały jak zmiana czcionek, czy wrzucenie zdjęcia do kontaktu. Okno Adium wygląda nieco inaczej, niź okno Kadu, zwłaszcza w przypadku, kiedy mamy tam więcej, niż jedną grupę. W kadu mamy widok na wszystkie kontakty oraz wyodrębnione miejsce na kontakty znajdujące się w grupie, w Adium kontakty przeniesione do którejś z grup są automatycznie usuwane z grupy głównej, żeby nie robić bałaganu. Każdą z grup możemy odłączyć od poprzedniej i poustawiać według własnych widzimisiów, przykładowo nie musimy mieć jednego zbitego pionowego okienka, możemy rozbić wszystkie grupy a później poukłać w poziomie pod belką findera. Kiedy włączymy opcję ukrywania niedostępnych kontaktów robi się już całkiem ładnie. Adium ma całkiem pokaźną liczbę opcji do pozmieniania, więc możemy sobie wszystko ustawić tak, jak chcemy. W tym komumikatorze mamy tylko jedno okienko do rozmów z paskiem na dole do przełączania naszych rozmówców, co znacznie oszczędza miejsce na pulpicie i czas stracony na doszukiwaniu się właściwego okienka.

Kolejną grupą programów codziennego użytku są odtwarzacze empeczy. Dzielą się na dwie grupy, lekkie i ciężkie. Z racji tego, że takich programów na maka nie brakuje, postaram się wyłonić dwa najlepsze, jednego malucha i jedną krówkę. Tą krówką będzie iTunes, znany nam z Windowsa, aplikacja którą zrobimy praktycznie wszystko w obrębie muzyki i iPodo lubnych filmów. Możemy odtwarzać, opisywać, konwertować, zgrywać z płyt, kupować utwory z iTunes Music Store (chociaż to raczej teoria, chyba że mieszkamy gdzie indziej, niż w Polsce) a także zarządzać plikami wideo, synchronizować z przenośnymi grajkami a po zainstalowaniu plug-inu nawet z telefonami komórkowymi. Jest to większa aplikacja, bardzo przyjemna w obsłudze o ile wcześniej opiszemy wszystkie utwory, utworzy się nam wtedy przyzwoita baza muzyczna, Wcześniej wspomniałem co nieco o plug-inie, otóż jest tego cała masa, tu również mogę wyróżnić kilka najlepszych, czyli GimmeSomeTune, który może nam pobrać grafikę albumu, tekst utworu, zgrać informacje o słuchanych piosenkach na serwer Last.fm, wyświetlić informacje o aktualnie granej piosence w formie powiadomienia w stylu Growl’a, albo jako nieruchome okienko na pulpicie a także możemy się nim posłużyć do obsługi iTunes’a za pomocą skrótów klawiszowych, albo ikonek przewijania/stopowania na belce findera. Dwa pozostałe dodatki to już raczej takie “odpicowywacze”, które nie dodają nowych fukncji, tylko czynią program przyjemniejszym w obsłudze. Mówię tutaj o paczce efektów wizualnych iVisualize i mini-programiku Aqua4iTunes. Pierwszy to dosyć nowatorski pomysł, ponieważ po włączeniu wizualizera zamiast standardowych mazów okazuje się nam okładka płyty CD wraz z opakowaniem zrobionym w trójwymiarze. Możemy wybrać sobie tło owej płyty, mamy do wyboru “ciemnicę”, czyli brak tła i czarne tło (tak wiem, niebywale zaskakujące), gwiezdną drogę, akwarium, niebo i mój ulubiony, czyli “piekło”. Okładeczka zaczyna nam płonąć, a po rozciągnięciu wizualizacji na pełen ekran tworzy się nam coś w rodzaju elektrycznego kominka. Gadżet fajny, pomimo tego że można go zaszufladkować pod hasłem “duperele”. Trzeci to zwykła zmieniarka wyglądu programu, możemy powrócić do wyglądu rodem z wersji 6.x, albo wybrać kilka innych, przykładowo możemy odziać iTunes’a we wdzianko zrobione z Brushed Metalu (coś na wzór tego, w czym gania Finder w OS X Tiger), albo sprawić, żeby był bardziej “leopard-look”. Drugi program, o którym mam zamiar powiedzieć jest po pierwsze o wiele mniejszy, nadaje się doskonale do przesłuchiwania stad nieznanych plików, które niekoniecznie mają być od razu wrzucane do biblioteki iTunes’a. Program nazywa się Cog i jest swoistym odpowiednikiem Winampa. W przeciwieństwie jednak do pierwowzoru, nie uświadczymy  w nim stu tysięcy przycisków. Jest play/pouse, przycski przewijania, suwak głośności i miejsce na utworzenie playlisty. Programem można sterować za pomocą pilocika od Apple i skrótów klawiszowych, programik potrafi również zaimportować potrzebne dane do serwisu last.fm.

Jeszcze nie zostawiamy całkowicie tematu multimediów, zajmijmy się teraz filmami. Jak dobrze wiemy, na Windowsa mamy pokaźne grono przydatnych aplikacji, większość z nich, niestety nie wszystkie są dostępne na maćka. Z odpowiedników-odpowiedników mamy do dyspozycji VLC Playera, RealPlayer’a, Windows Media Player’a do odtwarzania WMV, albo dla wyjątkowo anty-mikrosoftowych użytkowników jest wtyczka do QuickTime’a o nazwie flip4mac. Wszystkie te programy znamy doskonale z Windowsa, więc chyba nie muszę tłumaczyć do czego co. Kiedy wkładamy płytę DVD do napędu otwarza się ona w iDVD, jednym z programów iLife. Jedną z największych wad filmowych na makach jest niezgodność napisów w windowsowym formacie z makowym, więc może zdarzyć się mało przyjemna sytuacja, w której zamiast znaków diaktrycznych mamy przepiękne krzaki i musimy się wysilać, żeby to rozczytać. Sposobem na to może być program MacLinkPlus Deluxe, który przerobi format tekstu z windowsowego na maćkowy. Przy przetwarzaniu filmowym należałoby wspomnieć o dwóch programikach, jednym do zgrywania filmów z płyt DVD (handbrake, darmowy) i drugim do przetwarzania plików, głównie na iPod’a, ale można go użyć także do zmielenia filmów do akceptowalnych przez nasz telefon komórkowy formatów, mowa tu o iSquint, który również jest darmowy.

 

Teraz uwaga, zła notka. Osoby o słabych nerwach (albo łączach) proszone są o pominięcie tego akapitu. Pamiętajcie także, pod żadnym pozorem nie próbujcie tego w domu. No dobra, kończymy z wątkiem moralizatorskim, tym razem omówimy sprawę “załatwiania” sobie plików z internetu, na Windows dostępnych jest od groma ściągarek, na Mac’a trochę mniej, ale piracić się da. Można wyłonić trzy główne sposoby pobierania plików: rapidshare, torrenty i programy p2p. Pierwszy jest raczej niezależny od platformy systemowej, bo potrzebna jest do niego właściwie tylko przeglądarka internetowa, drugi jest załatwiony przez Transmission – malutki programik, do ktorego wrzucamy pliki *torrent, działadniem nie różni się od innych dostępnych w sieci, siedząc w doku wyświetla nam informacje o szybkości ściągania i wysyłania. Twórcy programu przewidzieli także opcję wyłączenia wysyłania plików, żeby nie zapychać sobie łącza, albo po prostu być w zgodzie z prawem. Natomiast jeśli chodzi o trzeci, mamy do dyspozycji makowy odpowiednik jednej z popularniejszych “zasysarek”, LimeWire. Dodawać nic już chyba nie trzeba, może poza jednym zdaniem, którym zresztą mogę się narazić większości makuserów. Mac to naprawdę fajna maszynka do ściągania, mimo stosunkowo niewielkiej ilości dostępnych programów, a to głównie przez jedną cechę maćka, mianowicie nie ma na niego wirusów. Możemy więc ściągać co chcemy, ile chcemy i dopóki nam policja do domu nie wpadnie.

Related Post